Moja mama czarownica  
 


 
biografia Doroty  | wspomnienie | o Dorocie powiedzieli | książki | galeria
  | o autorce | przeczytaj | posłuchaj | galeria
o książce powiedzieli | wywiady | kontakt z autorką | zamów
 
Wywiady z autorką

I moja, i mama, i czarownica. Rozmowa z Katarzyną T. Nowak, córką i autorką książki o Dorocie Terakowskiej


Chciałam wiedzieć, dlaczego mama była "tą straszną Terakowską"? Skoro już ludzie mi to powiedzieli, to dlaczego miałam zachować te odpowiedzi tylko dla siebie? (...) Maciek poradził mi jeszcze jedną rzecz: "Pisz i nie rób uników" - mówi Katarzyna T. Nowak, córka pisarki Doroty Terakowskiej. Właśnie napisała o niej książkę "Moja mama czarownica"

Renata Radłowska: Twoja mama czarownica?

Katarzyna T. Nowak: Tak. Ale przede wszystkim mama.

Czarownica, czyli coś pomiędzy czarodziejką a wiedźmą?

- Chyba tak. Trochę obawiałam się tego tytułu, ludzie mogą przecież pomyśleć, że "czarownica" to znaczy zołza. Ale przecież czarownice nie są skończenie złe ani skończenie dobre. One dobrze wiedzą, komu dobro, a komu zło. Taka była mama. Mówiła, że jest straszna dla strasznych i dobra dla dobrych. Tak, "czarownica" pasuje do mamy... Ona chciała mieć taką magię i wierzyła, że przydarza się ludziom. Obdarzała nią swoich bohaterów, przede wszystkim dzieci. I potrafiła trochę czarować: zarówno swoje otoczenie, jak i czytelników. Przecież choćby po "Poczwarce" wielu rodziców dzieci chorych, innych, dostrzegło w nich coś więcej niż tylko ułomność. Wiem to z listów, jakie mamie przysyłali. Poza tym mama cała była magiczna.

Czy ta książka nie jest za wcześnie? Dla ciebie... Są w niej emocje, nad którymi trudno było ci chyba zapanować.

- Wiesz, pomysł napisania książki o mamie pojawił się w niecały miesiąc po jej śmierci. Jeszcze wtedy żył Maciek Szumowski, mąż mamy, mój przybrany tata. Rozmawiałam z nim o propozycji, którą złożyło mi Wydawnictwo Literackie, i powiedział, że mam pisać. Chociaż wtedy wydawało mi się, że zupełnie nic nie pamiętam z tego życia mamy, z naszego życia. Bo przecież u nas zawsze była najważniejsza przyszłość, a nie przeszłość. Pisanie tej książki bardzo mi pomogło.

Terapia?

- Możliwe. To był trudny okres, bo do końca nie mogłam rozpoznać, czy to, co czuję w związku ze śmiercią mamy (a później taty Szumowskiego), to jeszcze wściekłość, już rezygnacja i przygnębienie, a może już ta właściwa żałoba. Na szczęście, nie miałam zbyt wiele czasu na zastanawianie się nad tym, analizowanie. Pierwsze spotkania z ludźmi, pierwsze opowieści, wspomnienia; później szukanie w archiwum mamy, odgrzebywanie historii. To ostatnie było trudne, bo dysk w komputerze mamy padł i nie wiedziałam, co uda się odzyskać. I jeszcze ta cała jej korespondencja... Ogromny materiał. Nagle okazało się, że ja sama też wiele rzeczy pamiętam.

Pisząc porządkowałaś swoje życie, wasze życie?

- Poniekąd tak.

Nigdy nie chciałaś mówić w wywiadach o mamie, o waszych relacjach. Teraz robisz to bardzo szczerze, bez kurtuazji. Co się stało?

- Miałyśmy konflikt, ja go nazywam "nieporozumieniem"... Rzeczywiście nigdy o tym nie mówiłam, a w książce ten wątek jest chyba solidnie opowiedziany. Opisanie naszego nieporozumienia było cholernie trudne: nagle musiałam wyciągać z siebie rzeczy mniej lub bardziej gorzkie i jeszcze opisać je tak, żeby czytelnik zrozumiał.

Co?

- Że żadna z nas nie chciała robić drugiej na złość. Że kochałyśmy się, ale te nasze relacje nie były proste, standardowe. Że za to, co się między nami podziało, żadna z nas nie ponosi winy w stu procentach. Ja myślałam, że mama mnie nie akceptuje, bo nie spełniam jej oczekiwań (wychowywała mnie babcia, z nią mieszkałam, a kiedy już przeprowadziłam się do mamy i Maćka, nie potrafiłam nawet sama pościelić swojego łóżka); ona myślała, że jej nienawidzę, bo mam do niej o coś wielki żal. Nie wiedziała, jaka jestem, jak mnie babcia wychowała. Wiele lat później zrozumiałam, że nic nie było takie oczywiste. Przeczytałam książkę mamy "Tam, gdzie spadają Anioły" i chyba od tego momentu przestałam szukać odpowiedzi na mamę, na nas. Co zrozumiałam? Że obie jesteśmy bezradne, bezbronne, obie boimy się braku akceptacji. Cała ta historia jest w książce. "Moja mama czarownica" to opowieść o miłości, niezwykłej. A właściwie o kilku: Maćka i Doroty, mojej i mamy, Gosi i rodziców.

Związek mamy z Małgosią, czyli córką jej i Maćka Szumowskiego, był inny niż twój z mamą. Gosia miała zupełnie inną mamę? Kochającą, akceptującą...

- Mama miała córkę z pierwszego małżeństwa - mnie; Maciek miał syna z pierwszego małżeństwa - Wojtka Szumowskiego. A Małgosia? Ona była ich wspólnym dzieckiem, co nie oznacza, że bardziej kochanym. Może po prostu inaczej kochanym. Mama i Maciek bardzo się kochali, a Gosia dostała kawałek tej ich miłości.

A Kasia była tą osobą, która porywała samoloty?*

- Osobą, po której wszystkiego można się spodziewać. Która, co sobie wymyśli, to sobie zrealizuje. Nieprzewidywalną, złośliwą. Mimo wszystko mama widziała we mnie coś wyjątkowego - chwaliła moje opowiadania, cieszyła się z piątek z polskiego. Ale była też przekonana, że taka życiowo niezaradna i olewacka będę już wiecznie.

W swojej książce bardzo często odkrywasz: tak, w tym byłyśmy do siebie podobne; tak samo reagowałyśmy, pod tym względem wcale się nie różniłyśmy.

- To widać?

Owszem.

- Cała ta książka jest pisana emocjami, nie ma w niej nic na siłę. Takie fragmenty nie były zamierzone; po prostu same mi się wyrywały. Za każdym razem, kiedy widziałam jakąś analogię, to było wielkie zdziwienie. Ja w tej książce się dziwię, ale też to bardzo przyjemne dziwienie.

Jest wiele fragmentów, w których mówisz o mamie rzeczy mało laurkowe - że była zarozumiała, mściwa... Komuś obcemu nie sprawiałoby to trudności, ale córce?

- Mama nie chciałaby laurki. Ja nie chciałam pisać panegiryku na jej cześć, i to na początku mówiłam ludziom, z którymi się spotykałam, zbierając materiały. Chciałam wiedzieć, dlaczego nazywano ja uparcie "tą straszną Terakowską". Skoro już ludzie mi to powiedzieli, to dlaczego miałam zachować tylko dla siebie te odpowiedzi? Jaka to byłaby książka? Jaki miałoby sens pisanie jej? Maciek poradził mi jeszcze jedną rzecz: "Pisz i nie rób uników". Posłuchałam go.

Mam wrażenie, że nie możesz się zdecydować, przy jakiej formie zostać: reportażu czy powieści biograficznej.

- To rzeczywiście coś pomiędzy. Książka jest także trochę autobiograficzna - nie mogłam pisać o mamie, nie pisząc o tym, co mnie z nią łączyło. Moje życie to również mama, życie mamy to również ja. Reportaż stoi z boku historii, autobiografia jest w samym jej środku.

Dorota Terakowska to puzzle. Dziesiątki wątków: Piwnica, "Gazeta Krakowska", partia, Kapelanka, pisanie książek, internet. Który sprawił ci najwięcej trudności?

- Całe jej życie to dla każdego biografa świetny materiał. Żadnego przynudzania; taka po prostu lawina - dni, miesięcy, lat. Najtrudniejszy był chyba wątek polityczny, czyli mama i Maciek w opozycji i cała historia związana z prowadzeniem przez nich "Gazety Krakowskiej", stan wojenny. Trudne, ponieważ ja nigdy aż tak bardzo w polityce nie siedziałam. I, oczywiście, wątek osobisty, nas obu. Mówisz o puzzlach...? Trudne było też poukładanie ich później, posklejanie w całość; wiesz, żeby niczego nie brakowało, i ważne - wszystko pasowało do siebie.

Małgosia Szumowska czytała na bieżąco to, co pisałaś?

- Niektóre rozdziały. Pamiętam, jak zastanawiałam się, czy usunąć jakiś fragment, bo mi wydał się zbyt ckliwy i dotyczył czegoś bardzo intymnego. A ona na to: "Zwariowałaś! To musi być". Nie chciała mówić zbyt wiele; uznała, że to ma być moja książka o mamie, a nie nasza. Książka Małgosi byłaby zapewne zupełnie inna.

Myślisz, że mamie twoja książka o niej by się podobała?

- Chyba tak. Myślę, że bardzo spodobałby się jej tytuł książki. I moja, i mama, i czarownica... Genialny, intrygujący, i przede wszystkim prawdziwy - zestaw.

Katarzyna T. Nowak

Rocznik 1964. Córka pisarki Doroty Terakowskiej i jazzmana Andrzeja Nowaka. Chodziła do dwóch krakowskich podstawówek i trzech krakowskich liceów. Po maturze zdała na religioznawstwo na UJ. Na trzecim roku studiów wyjechała do USA. Do Polski wróciła w 1990 roku, ale zamiast skończyć studia, rozpoczęła pracę w "Gazecie Krakowskiej"; potem przeszła do "Przekroju". Była korespondentką "Twojego Stylu". Po śmierci Doroty i Maćka poświęciła się wyłącznie pisaniu książki o mamie.

* W roku 1980 grupa krakowskich licealistów próbowała porwać z Balic samolot, żeby zaprotestować przeciw peerelowskiej rzeczywistości. Kasia była wśród nich, ten incydent próbowano później wykorzystać przeciw Maciejowi Szumowskiemu i Dorocie Terakowskiej - dop. RR.


 
Wydawnictwo Literackie - księgarnia internetowa.
   
© Wydawnictwo Literackie 2005